Największa tyrania występuje pod maską prawa i ze sztandarem sprawiedliwości. Monteskiusz

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wesprzyj, przyjacielu, naszą misję – Twoja kawa daje siłę prawdzie.

sade

Markiz de Sade i Jeffrey Epstein – dwie twarze tej samej ciemności

Historia rzadko powtarza się dosłownie, ale jej echo powraca w nowych kostiumach. W XVIII wieku w Paryżu żył arystokrata, który przeszedł do historii jako uosobienie perwersji i przemocy – Donatien Alphonse François, znany jako Markiz de Sade. To od jego nazwiska powstało słowo "sadyzm". W naszych czasach jego rolę przejął Jeffrey Epstein – miliarder, właściciel prywatnej wyspy i człowiek, którego siatka powiązań obejmowała prezydentów, książąt i magnatów finansowych. Co ich łączy? Obaj wierzyli, że są ponad prawem. Obaj tworzyli miejsca, w których mogli realizować swoje chore fantazje. I obaj, mimo zbrodni, jakie im udowodniono, przez długi czas byli chronieni przez system.

Arystokrata z piekła rodem

Markiz de Sade wychowywał się w luksusie, ale od dziecka był narażony na przemoc. Jako uczeń kolegium jezuickiego doświadczał surowych kar cielesnych, które ukształtowały jego obsesje. W dorosłym życiu powracał do nich niemal kompulsywnie – biczowanie i poniżanie innych stało się dla niego synonimem rozkoszy.

Po wojnie siedmioletniej jego życie przerodziło się w ciąg skandali. Prostytutki ostrzegały się nawzajem przed jego brutalnością, a policja prowadziła notatki o jego wybrykach. Sade nie był jednak zwykłym libertynem – jego zachowania miały w sobie coś z rytuału.

Najgłośniejszy był incydent z Rose Keller w 1768 roku. Wdowa żebraczka wspominała w sądzie: "On mnie rozebrał, przywiązał do łóżka i bił bez końca… robił mi nacięcia i wlewał gorący wosk w rany." Udało jej się uciec przez okno, ale sprawa odbiła się szerokim echem. Rodzina Sade’a zapłaciła, by sprawę uciszono, lecz publiczny skandal był zbyt duży.

To był początek spirali. W swoim zamku w Prowansji więził młode kobiety i chłopców, zamieniając ich cierpienie w spektakl. Seks był dla niego narzędziem dominacji i bluźnierstwa – sceny upokorzeń często miały formę profanacji religijnych symboli.

"Rób, co chcesz" – lucyferiańska wolność markiza

Sade uważał się za filozofa. Jego teksty są pełne fragmentów, które miały brzmieć jak racjonalne uzasadnienie jego działań. W "Justynie" pisał:
– "Nie boję się Boga, który jest albo złośliwy, albo słaby. Gardzę jego gromami."
– "Istnieje tyle zła, co dobra, równowaga świata wymaga istnienia tylu złych ludzi, co dobrych."

To była filozofia absolutnej wolności – lucyferiańska w swojej istocie. Odwrócenie wartości, bunt wobec Boga i prawa, przekonanie, że człowiek sam dla siebie jest bogiem.

W "120 dniach Sodomy" opisał czterech libertynów – księcia, biskupa, sędziego i bankiera – którzy zamykają w zamku grupę porwanych nastolatków. To nie jest zwykła fikcja. Książka jest katalogiem wszystkich możliwych dewiacji: "On miażdży jej stopę młotkiem", "przerywa jej oddech maszyną pneumatyczną", "zmusza ją do połknięcia węża, który ma ją pożreć". Seks i przemoc stają się tu jednością, a życie ofiar nie ma żadnej wartości.

Epstein – pan na wyspie

Przenieśmy się do współczesności. Jeffrey Epstein nie pisał obscenicznych traktatów, ale żył według tych samych zasad. Jego "zamek" był prywatną wyspą na Karaibach – Little Saint James – którą sąsiedzi nazywali "Wyspą grzechu". Tam, podobnie jak Sade w Prowansji, gromadził młode dziewczęta, często z biednych rodzin, obiecując im pracę, karierę czy lepsze życie. W rzeczywistości były one wykorzystywane i zmuszane do uległości wobec niego i jego wpływowych gości.

Virginia Giuffre zeznawała: "Miałam 16 lat. Powiedziano mi, że będę mogła podróżować i zdobyć wykształcenie. Zamiast tego stałam się własnością Epsteina. Musiałam spotykać się z jego przyjaciółmi – ludźmi, którzy dziś zajmują wysokie stanowiska."

Epstein, jak Sade, miał całą sieć wspólników. Najważniejszą z nich była Ghislaine Maxwell, która rekrutowała dziewczęta. Ale siatka była szersza – piloci, ochroniarze, asystenci, a także politycy i magnaci. Podobnie jak Sade miał swoich "latających pomagierów", Epstein otaczał się ludźmi, którzy pilnowali, by ofiary nie uciekły, a prawda nie wyszła na jaw.

I tutaj pojawia się kolejna paralela. W "120 dniach Sodomy" Sade opisał libertynów reprezentujących władzę świecką, kościelną i finansową. Epstein na swojej wyspie gościł polityków, książąt i miliarderów. Układ jest aż nazbyt podobny – elity korzystające z "prywatnego raju", gdzie prawo nie sięga.

Ideologia jako zasłona

Sade otaczał swoje zbrodnie filozofią. Twierdził, że zło jest konieczne, że wolność oznacza brak ograniczeń, że życie nie ma wartości. Pisał: "Aborcja powinna być narzędziem społecznym, by ludzkość mogła się rozwijać bez przeszkód." To, co dla niego było usprawiedliwieniem, dla ofiar oznaczało piekło.

Epstein działał podobnie. Wspierał projekty naukowe, rozmawiał z profesorami o eugenice i "ulepszaniu ludzkości". Planował program rozmnażania wyselekcjonowanych osób, by stworzyć "nową elitę". W świecie nauki uchodził za wizjonera, a w rzeczywistości był drapieżnikiem.

Obaj korzystali z ideologii jako zasłony. Sade – filozofii "równowagi dobra i zła". Epstein – wizji postępu i nauki. Ale cel był ten sam: legitymizacja dewiacji i przekonanie, że są ponad prawem.

Zeznania i rytuały

O ile Sade opisał swoje zbrodnie w książkach, o tyle w przypadku Epsteina kluczowe były zeznania ofiar. Virginia Giuffre i inne kobiety mówiły o tym, jak były zmuszane do spotkań z "ważnymi osobami". W dokumentach przewijały się nazwiska prezydentów, książąt i miliarderów.

Niektóre z ofiar wspominały też o dziwnych "maskaradach" – przyjęciach z symbolami i gestami przypominającymi rytuały. Jedna z dziewcząt zeznała: "To nie były zwykłe imprezy. Czasami wyglądało to jak przedstawienie – maski, stroje, dziwne symbole… czułam, jakby to było coś więcej niż tylko seks."

Choć oficjalnie nie nazwano tego satanizmem, trudno nie zauważyć podobieństwa do lucyferiańskich praktyk Sade’a. Seks, przemoc i bluźnierstwo w atmosferze rytuału – to był teatr ciemności.

Dlaczego elity chronią swoich?

Sade wielokrotnie uniknął konsekwencji. Był skazywany, a nawet skazany na śmierć, lecz zawsze udawało mu się uciec lub zostać ułaskawionym. Podczas rewolucji został nawet posłem Konwentu. Epstein także wielokrotnie wychodził obronną ręką. Jego pierwszy wyrok był farsą – zamiast więzienia miał "otwarty areszt", z którego wychodził codziennie "do pracy".

Mechanizm jest ten sam: jeśli zbrodniarz staje się częścią elit, system go osłania. Władza, pieniądze i wpływy działają jak tarcza. Ofiary pozostają bezsilne, a kat zyskuje status "ważnej osoby".

Dziedzictwo ciemności

Sade został w końcu uznany przez część środowisk artystycznych i filozoficznych za "wolnego ducha". Surrealiści nazywali go prekursorem wolności, a francuskie państwo uznało jego manuskrypt za "skarb narodowy". Epstein, mimo skandalu, do dziś budzi kontrowersje – jego sieć kontaktów nie została w pełni ujawniona, a wielu z jego znajomych nadal pełni ważne funkcje.

W obu przypadkach ofiary zostały zepchnięte na margines, a oprawcy wpisali się w historię. To pokazuje, jak mocno zakorzeniona jest idea "rób, co chcesz" w elitach świata.

Zakończenie

Markiz de Sade i Jeffrey Epstein to dwa ogniwa tego samego łańcucha. XVIII-wieczny arystokrata i współczesny miliarder działali w różnych epokach, ale mechanizm był identyczny: władza, bogactwo, nietykalność, przemoc wobec najsłabszych, a nad tym wszystkim ideologia usprawiedliwiająca zbrodnię. Łączy ich coś jeszcze – ciemny duch lucyferiańskiego buntu, gdzie człowiek staje się bogiem, a inni są tylko narzędziami do zaspokojenia jego żądz.

Kiedy patrzymy na podobieństwo losów Sade’a i Epsteina, trudno nie zadać pytania: ilu jeszcze takich ludzi kryje się dzisiaj w cieniu, chronionych przez elity i system?

Autor: Siódemka

Dodaj komentarz

Wyślij

Alior Bank