Źle odczytujemy świat, a potem twierdzimy, że nas oszukuje. Rabindranath Tagore

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wesprzyj, przyjacielu, naszą misję – Twoja kawa daje siłę prawdzie.

Najpierw robaki, potem mleko z karalucha – czy to już początek końca normalności?

Jeszcze kilka lat temu nikt rozsądny nie uwierzyłby, że na półkach sklepowych będą produkty z larw, świerszczy czy mącznika młynarka. A jednak... dziś mamy czekoladki z chrząszczy, pasztety z owadów i batony z białka insektów. A to dopiero początek. Bo jak donoszą naukowcy – nadchodzi kolejny etap: karalusze mleko.

Jedz owady - uratujesz planetę

Zaczęło się od niewinnych kampanii o "ratowaniu planety". Tradycyjne rolnictwo? Zbyt kosztowne. Wołowina? Niszczy klimat. Kurczaki? Za dużo CO₂. Rozwiązanie? Robaki! Mączniki, larwy, świerszcze – na początku prezentowane jako "alternatywa", później jako "superżywność", a teraz? Powoli stają się normą. Dzieci w szkołach mają zajęcia z gotowania owadów, Unia Europejska zatwierdza kolejne insekty jako "żywność nowej generacji", a na opakowaniach batonów ze świerszcza widzimy uśmiechnięte dzieci.

Ale kto za tym stoi? Bo przecież nie chodzi tylko o ekologię. Wystarczy zajrzeć do dokumentów takich jak Agenda 2030 czy projekty World Economic Forum – tam czarno na białym: redukcja tradycyjnej żywności, zastąpienie jej alternatywami, cyfrowa kontrola zasobów i "zrównoważone żywienie" jako element globalnej strategii przetrwania.

Karalusze mleko – pomysł z horroru czy z laboratorium?

W 2016 roku świat naukowy obiegła zaskakująca wiadomość: międzynarodowy zespół badaczy z Indii zsekwencjonował białkowy kryształ mleka z jelita samicy karalucha Diploptera punctata. Ten niezwykły owad nie składa jaj jak inne, lecz rodzi młode i karmi je żółtą substancją, która w ich układzie pokarmowym zamienia się w krystaliczny magazyn odżywczy – coś jak superenergetyczne mleko.

Co ciekawe, jeden taki kryształ zawiera trzykrotnie więcej energii niż mleko bawole i jest pełen aminokwasów, tłuszczów i cukrów. Brzmi cudownie? Naukowcy byli zachwyceni – nie można doić karaluchów, ale można odtworzyć gen mleczny w laboratorium, np. za pomocą drożdży modyfikowanych genetycznie. Czyli: zero karalucha, ale mleko... karalusze.

W jakim kierunku to zmierza?

Teoretycznie chodzi o dobro ludzkości. W praktyce – coraz więcej sygnałów wskazuje, że to raczej projekt inżynierii społecznej. Zaczęło się od zachęty ("owady są zdrowe"), potem przeszliśmy do presji ("mięso szkodzi środowisku"), a teraz jesteśmy na etapie regulacji i zakazów. Mięso drożeje, produkty roślinne są dotowane, a w szkołach mówi się o "etycznym jedzeniu".

Czy to tylko zbieg okoliczności? Czy może część większej układanki, gdzie elity mają dostęp do prawdziwego jedzenia, a reszta dostaje pastę z mączników i mleko z karalucha?

Cytując słowa z dokumentów WEF: "By 2030 you will own nothing and be happy". Może lepiej to ująć inaczej: "Nie będziesz jadł steka i nawet się nie zorientujesz, że kiedyś mogłeś".

Autor: Siódemka

 

Dodaj komentarz

Wyślij

Alior Bank