
Netanyahu i wizja mesjasza – czy polityka Izraela to wstęp do wypełnienia proroctw?
Czy można połączyć współczesną politykę Bliskiego Wschodu z dawnymi proroctwami, które powstawały tysiące lat temu w środowisku rabinów i proroków Biblii? Wielu powie od razu: to niemożliwe, to nadinterpretacja, świat rządzi się zupełnie innymi mechanizmami niż dawniej. A jednak – w środowiskach żydowskich, zwłaszcza tych religijnych i mesjanistycznych, coraz częściej mówi się o tym, że premier Izraela, Benjamin Netanyahu, jest postacią szczególną, kimś, kto nie tylko prowadzi kraj w polityce międzynarodowej, ale być może odgrywa rolę wyznaczoną przez Boga (nie mylić z Jahwe). I nie chodzi tu o zwykłą metaforę, ale o coś znacznie poważniejszego – o przypisanie mu funkcji "Mesjasza Ben Josefa", czyli tego, który przygotowuje drogę dla prawdziwego Mesjasza, "Bena Dawida".
Dwie postacie mesjańskie – Ben Josef i Ben Dawid
W judaizmie tradycja mesjańska nigdy nie była tak prosta, jak mogłoby się wydawać. Chrześcijanie mówią: jest jeden Mesjasz, Jezus Chrystus, Syn Boży, który przyszedł na świat, umarł i zmartwychwstał, by zbawić ludzi. W judaizmie jednak Mesjasz to bardziej proces niż jedna postać – to oczekiwanie na czasy, w których Bóg objawi swoje panowanie nad światem w sposób widoczny. Rabini, analizując różne fragmenty Pisma, doszli do wniosku, że zapowiedzi mesjańskie są podwójne i opisują dwie różne postacie.
Pierwsza to Mesjasz Ben Josef – nazywany także Mesjaszem synem Efraima. Ma być wojownikiem, kimś, kto staje do walki z narodami wrogimi Izraelowi. Według midraszy jego misja jest tragiczna – prowadzi wojny, zwycięża, ale w pewnym momencie sam ginie lub zostaje poważnie zraniony. Ta ofiara jednak nie idzie na marne, bo przygotowuje drogę dla drugiego Mesjasza.
Tym drugim jest Mesjasz Ben Dawid – prawdziwy król, władca, który pochodzi z rodu Dawida i którego panowanie będzie wieczne. To on ma odbudować Świątynię w Jerozolimie, zgromadzić rozproszone plemiona Izraela i przynieść światu upragniony pokój. I tutaj rodzi się pytanie, które dzisiaj coraz częściej pojawia się w debacie religijno-politycznej: czy współczesne wydarzenia wokół Izraela to tylko geopolityka, czy może coś więcej?
Netanyahu jako Ben Josef?
Benjamin Netanyahu jest jednym z najdłużej urzędujących premierów w historii Izraela. Jego nazwisko kojarzy się z nieustanną walką – zarówno polityczną na arenie wewnętrznej, jak i dyplomatyczno-wojskową na zewnątrz. Od lat mówi się o nim, że jest "jastrzębiem", nieustępliwym wobec wrogów, szczególnie wobec Iranu, który od dekad zapowiada zniszczenie Izraela.
Czy to przypadek, że część środowisk religijnych zaczęła widzieć w nim postać proroczą? Według nich Netanyahu wypełnia rolę Moszijacha Ben Josefa – prowadzi Izrael przez czas niekończących się konfliktów, wzmacnia armię, rozbudowuje system obrony przeciwrakietowej, a jednocześnie dąży do osłabienia wrogów państwa żydowskiego. W interpretacji rabinicznej właśnie taka ma być rola pierwszego Mesjasza – walczyć, oczyszczać pole i torować drogę temu, który ma nadejść później.
Warunki nadejścia Mesjasza
Aby lepiej zrozumieć to spojrzenie, trzeba wiedzieć, że w judaizmie pojawienie się Mesjasza jest uzależnione od kilku warunków. Po pierwsze – Izrael musi zostać zabezpieczony przed swoimi wrogami. To oznacza nie tylko przetrwanie jako państwo, ale też zwycięstwo nad tymi, którzy otwarcie dążą do jego zagłady. Dziś na tej liście znajdują się Iran, Palestyna, Syria czy Hezbollah w Libanie.
Po drugie – konieczna jest odbudowa Świątyni w Jerozolimie. To niezwykle kontrowersyjny temat, bo obecnie na wzgórzu świątynnym stoją dwie ważne budowle islamskie – Meczet Al-Aksa i Kopuła na Skale. Ich zniszczenie lub usunięcie byłoby iskrą, która mogłaby rozpalić nie tylko Bliski Wschód, ale cały świat. Dla Żydów religijnych to jednak konieczny krok, bo Trzecia Świątynia to warunek nadejścia ery mesjańskiej.
Po trzecie – Żydzi z całego świata muszą powrócić do Izraela. Proces ten trwa od ponad wieku, a powstanie państwa w 1948 roku było dla wielu dowodem, że proroctwa zaczęły się wypełniać.
Netanyahu i Iran – ostatni wróg?
W tej układance szczególną rolę odgrywa Iran. To kraj, który od lat prowadzi ostrą retorykę wobec Izraela i inwestuje ogromne środki w rozwój programu nuklearnego. Netanyahu uczynił z tego temat numer jeden swojej polityki – ostrzega przed zagrożeniem, apeluje na arenie międzynarodowej, zawiera sojusze, a jednocześnie przygotowuje armię na ewentualną konfrontację.
Czy właśnie tutaj widzimy element mesjański? Niektórzy rabini uważają, że pokonanie Iranu może być ostatnim etapem misji Ben Josefa. Jeśli tak się stanie, w przekonaniu wielu religijnych Żydów droga dla prawdziwego Mesjasza zostanie otwarta.
Odbudowa Świątyni – temat tabu czy realny plan?
Choć w polityce Izraela oficjalnie unika się rozmów o zburzeniu islamskich świątyń, to w kręgach religijnych działa wiele organizacji, które przygotowują się na dzień odbudowy. Istnieją gotowe plany architektoniczne, odtworzone szaty kapłańskie, a nawet wyhodowane czerwone jałówki, które według Tory są potrzebne do rytuałów oczyszczenia. Dla wielu jest to dowód, że sprawa nie jest tylko teoretyczna.
Netanyahu, mimo że sam jest politykiem świeckim, często korzysta z poparcia religijnych ugrupowań i wie, jak ważny jest dla nich ten temat. Czy świadomie realizuje wizję drogi do Trzeciej Świątyni? A może po prostu prowadzi twardą politykę obrony państwa? Odpowiedź na to pytanie zależy od tego, czy patrzymy oczami geopolityki, czy oczami wiary.
Ben Dawid – kto nim będzie?
Jeśli Netanyahu jest Ben Josefem, to kto miałby być Ben Dawidem? W judaizmie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. To ma być postać wyjątkowa, prawdziwy potomek króla Dawida, którego ród – według tradycji – wciąż istnieje. Może to być ktoś zupełnie nieznany, kto dopiero pojawi się na scenie historii. Dla wielu religijnych Żydów właśnie na niego czekają, a rola Netanjahu to tylko przygotowanie gruntu.
Czy Netanjahu naprawdę przybliża nadejście Mesjasza?
Zadajmy wprost to pytanie: czy Benjamin Netanyahu ma przybliżyć przyjście Mesjasza? Dla jednych to oczywiste – jego polityka wobec Iranu i innych wrogów Izraela to nic innego jak realizacja misji Ben Josefa. Dla innych to przesada – zwykła polityka, w której nie ma nic nadprzyrodzonego. A może prawda leży gdzieś pośrodku? Może Bóg rzeczywiście posługuje się nawet ludzkimi planami, by prowadzić historię ku swojemu celowi?
W tradycji rabinicznej istnieje interpretacja, według której przed przyjściem Mesjasza musi zostać złożona wielka ofiara – śmierć sześciu milionów Żydów. Dlatego też ofiary wśród ludności cywilnej, nawet najbardziej krwawe, dla części środowisk mesjanistycznych nie mają większego znaczenia, bo postrzegane są jako etap wypełniania proroctwa. Ta wizja została tragicznie powiązana z wydarzeniami XX wieku, a dziś pojawia się ponownie w dyskusjach o współczesnych zagrożeniach dla Izraela.
Warto przypomnieć słowa Henry’ego Kissingera, który w 2012 roku miał powiedzieć, że "za 10 lat Izraela już nie będzie".
Hitler w oczach wielu Niemców jawił się niczym mesjasz narodowy – miał wyprowadzić ich kraj z kryzysu gospodarczego, przywrócić dumę i zapewnić dobrobyt, choć w rzeczywistości jego droga prowadziła do tragedii.
Podobną drogą idzie dziś Netanyahu – w oczach zwolenników uchodzi za wybawcę Izraela, a dla wielu innych jawi się jako potwór i ludobójca, którego polityka prowadzi nie do pokoju, lecz do jeszcze większego rozlewu krwi.
Bez wątpienia żyjemy dziś w erze szatana i jego demonów – demon Abaddon domaga się krwi, dlatego wojna, strach i chaos stają się narzędziami jego panowania.
Autor: Siódemka
Wesprzyj nasze działania: https://buycoffee.to/archiwum-tajemnic



Dodaj komentarz